Rozdział 1
Chmury nad Imperium
Odcinek 1 - Pierwsza krew
W chłodny październikowy poranek Starym Traktem pośrodku Puszczy Fordańskiej przemierzał wypełniony dukatami konny zaprzęg, a przed nim w małym odstępie kroczył spokojnie konny oddziałek dumnych cesarskich dragonów. Za zaprzęgiem maszerowała długa czwórkowa kolumna ubranych w czerwone mundury piechurów. Nie słychać było zupełnie nic poza stukotem końskich kopyt, brzęczeniem żołnierskiego oporządzenia i równym marszowym krokiem. W tych spokojnych czasach każde wojskowe zadanie stawało się całkowicie rutynowe.
Równolegle do oddziału po jego prawej stronie, schowany za ścianą drzew i leśnej gęstwiny, posuwał się przykucnięty mały człowieczek. Jego bystre oczy wpatrzone były w dragonów, odzianych w zielone kurtki i złote kaski z czarnym końskim ogonem zwisającym z ich czubka. Na plecach mieli karabinki, a przy boku lśniące pałasze, jednak mały człowiek również nie był bezbronny. W swoich dłoniach trzymał myśliwską strzelbę, a sukienna czapka z przyszytą czarno-białą kokardą tylko dodawała mu otuchy.
Człowieczek doliczył się pięćdziesięciu rzędów czerwonych żołnierzy, choć o tym nie wiedział. Za każdy rząd czerwonych kurtek wydrapał jedną kreskę na małej drewnianej tabliczce, a teraz zmierzał na przód oddziału. Kolejne zadanie miało uczynić z niego mężczyznę.
Młodzieniaszek wyprzedził nieco oddział, przykucnął za starym dębem, chwilę odczekał na przybliżenie się dumnych jeźdźców i wymierzył ze swojej strzelby.
– Za Fordan! – wykrzyknął z całej siły, po czym wypalił z broni. Jadący na przedzie oficer bezwładnie zsunął się z konia na piaszczystą drogę, a cały konwój zatrzymał się osłupiały. Człowieczek uciekał w głąb lasu, a czerwona kolumna zwróciła się w prawo i w gotowości wymierzyła broń przed siebie. Drugi konny oficer, wąsaty o otyłej sylwetce, wymachując pistoletem popędził do piechurów.
– Pierwsza sekcja, za nimi! Drugi i trzeci rząd, w tył zwrot! – wrzeszczał. Dwunastu ludzi wyrwało się z kolumny i pobiegło do lasu, a drugi i trzeci rząd faktycznie odwrócił się do tyłu, dzięki czemu była w tej obronie przed nieznanym jakaś symetria.
Nie minęło nawet dziesięć minut, a dwunastu pieszych żołnierzy było już z powrotem wraz z małym człowieczkiem. Dwóch z nich trzymało go za rękę, trzeci zaś – jego strzelbę. Człowieczek szedł ze spuszczoną głową i nie przejawiał chęci do odpowiadania na zaczepki prowadzącej go bandy.
– Rozstrzelamy cię na miejscu!
– Coś ty narobił! – mówili, prowadząc go do siedzącego na koniu oficera.
– Ty psi synu, zawiśniesz w najbliższej wiosce! – groził mu konny oficer.
– Panie poruczniku – wyrwał się z pieszej kolumny podoficer – Czy to na pewno rozsądne? Nie powinniśmy wzbudzać gniewu wśród lokalnych, oszczędźmy im tego widoku. Lepiej rozstrzelać młodego tu, na miejscu.
Wściekły porucznik wystrzelił w powietrze z pistoletu.
– Ja tu rozkazuję! A wszystko, co mówię, jest słuszne! Związać dzieciaka! – po czym przyciszył ton głosu: – Na całej naszej trasie muszą być dziesiątki takich, co myślą jak ten młody. Chcesz być sierżancie następny po panu kapitanie? Musimy wybić im to z głowy. Powiesimy młodego i pięciu wieśniaków. Wracać do służby!
Czerwono-zielony oddział już w spokoju dotarł tego wieczora do najbliższej fordańskiej wioski, Skolimowa. Gruby oficer był nieugięty w swojej decyzji. Tego dnia na skolimowskich drzewach zawisło pięciu niewinnych ludzi i jeden odważny człowieczek.
*
